Posłowie PO i PiS pogodzili się dla dobra sierot i razem przepchną ustawę o rodzicielstwie zastępczym. Prezydenckiego weta nie będzie. Teraz wspólnie naciskają na premiera Donalda Tuska, aby rząd jak najszybciej wznowił prace nad projektem ustawy o rodzicielstwie zastępczym. Zakłada ona m.in. likwidację od 2010 roku domów małego dziecka i w zamian umieszczanie dzieci do lat trzech w rodzinach zastępczych. A do 2020 roku przekształcenie wszystkich domów dziecka w placówki rodzinne. Opozycja wysłała nawet w tej sprawie pismo do premiera. - Napisałam w nim, że rządowa ustawa jest bardzo dobra i żeby
gabinet jak najszybciej ją zatwierdził - mówi Joanna Kluzik-Rostkowska (PiS).
Do tej pory los ustawy wydawał się przesądzony, bo w lutym, kiedy rząd robił cięcia w budżecie, środki na jej wprowadzenie, 200 mln zł, zostały zabrane, a prace nad nią zawieszone. Teraz pod wpływem nacisków władze zmieniły zdanie.
- Założenia do ustawy mają już akceptację Komitetu Stałego Rady Ministrów, teraz czekają na zatwierdzenie przez rząd. I natychmiast zabieramy się do pisania ustawy - mówi "Polsce" minister pracy Jolanta Fedak. Zapewne rząd zajmie się rodzinami zastępczymi na najbliższym posiedzeniu, a ustawa trafi pod obrady Sejmu jeszcze przed wakacjami. - Zrobię wszystko, żeby w tym roku tę ustawę uchwalić, by weszła w życie od 2010 roku - obiecuje minister Fedak. - A pieniądze na jej realizację muszą się znaleźć - dodaje.
Z przegłosowaniem ustawy nie będzie problemu, bo popierają ją wszystkie kluby parlamentarne.
- W tym przypadku różnice polityczne muszą zniknąć. PiS na pewno poprze tę ustawę - mówi Tadeusz Cymański (PiS).
- Wszyscy w parlamencie czekamy na ten projekt, bo to jedna z najważniejszych ustaw - mówi Magdalena Kochan (PO). - Naciskamy na premiera - zapewnia. Parlamentarzystom na tej ustawie zależy tym bardziej, że 2009 rok został przez nich ogłoszony Rokiem Rodzicielstwa Zastępczego. I głupio by było, gdyby pomimo szumnych obietnic nic w tej sprawie nie zrobili. Teraz Donald Tusk nie ma ruchu: blokowanie ustawy byłoby dla niego śmiercią polityczną.
Na razie największą przeszkodą jest minister finansów, który twardo twierdzi, że na razie pieniędzy na tę ustawę nie ma. Jednak minister pracy jest pewna, że uda jej się go przekonać. - Coś czuję, że dostaniemy te pieniądze - mówi tajemniczo Fedak.
- Domy dziecka, w których wychowuje się kilkadziesiąt dzieciaków, to archaizm. W pozostałych krajach bloku wschodniego już zostały zlikwidowane - mówi "Polsce" minister pracy Jolanta Fedak. I zapowiada, że zrobi wszystko, aby przekonać ministra finansów, że warto dać pieniądze na wprowadzenie w życie ustawy o rodzinnej pieczy zastępczej, nad którą obecnie pracuje ministerstwo.
Zgodnie z wyliczeniami resortu pracy w ciągu 10 lat, kiedy ma być wprowadzana ustawa reformująca bidule, trzeba będzie na nią wydać 200 mln zł. Na pierwszy ogień do likwidacji poszłyby domy małego dziecka. Najmłodsze dzieci, którymi nie mogą się zająć biologiczni rodzice lub rodzina, będą mogły trafić wyłącznie do rodziny zastępczej lub rodzinnego domu dziecka. Przepisy miały obowiązywać od stycznia 2010 r.
Pięć lat później ma zostać wykonany kolejny krok - w domach dziecka będą tylko dzieci starsze niż 10-letnie. Dodatkowo, w jednej placówce nie może przebywać więcej niż 14 dzieci.
Choć nikt nie ma wątpliwości, że ustawę wprowadzić trzeba, na przeszkodzie stoją pieniądze. 200 mln zł to nie tak wielka kwota, w dodatku rozłożona na kilka lat, jest ona jednak za wysoka dla ministra finansów, który, szukając oszczędności, postanowił zablokować właśnie pieniądze na reformę domów dziecka. - To pozorna oszczędność. Utrzymanie tradycyjnych domów dziecka jest przecież droższe - mówi "Polsce" Joanna Kluzik-Rostkowska, była minister pracy i posłanka PiS.
Bo miesięczny pobyt dziecka w bidulu kosztuje od 2,5 tys. do 5 tys. zł. W rodzinie zastępczej jest znacznie taniej - w "zawodowej" to zaledwie 1248 zł miesięcznie.
W tradycyjnych domach dziecka przebywa teraz prawie 25 tys. dzieci, kolejne 4,6 tys. w pogotowiu opiekuńczym. Ich utrzymanie to co najmniej milion złotych rocznie. - No i są jeszcze koszty społeczne; klienci opieki to w sporej części wychowankowie domów dziecka. Natomiast co trzecie dziecko wychowywane w rodzinnym domu dziecka kończy studia - mówi Michał Rżysko z Fundacji Świętego Mikołaja.
Bo bidule to nie jest miejsce, w których powinno wychowywać się dzieci. Z ubiegłorocznego raportu NIK wynika, że aż w 83 proc. placówek wychowankowie nie mają osobnych szafek, lampek nocnych czy biurek, w 67 proc. są źle odżywiani. Na porządku dziennym jest bicie, poniżanie i molestowanie seksualne.
Dlatego po deklaracji rządu o zamrażaniu prac nad ustawą o rodzinach zastępczych, posłowie PO i opozycji postanowili wspólnie o nią walczyć.
W obliczu takiego zmasowanego nacisku rząd musi wznowić pracę nad ustawą. Bo nikt z polityków nie odważy się powiedzieć, że osierocone dzieci powinny wychowywać się w miejscu, które jest dla nich piekłem.