Sosnowiec: Zbigniew Białas, autor "Korzeńca" spełnia swoje marzenia z dzieciństwa

"Spełniam swoje marzenia z dzieciństwa" - ze Zbigniewem Białasem, profesorem anglistyki na Uniwersytecie Śląskim i autorem powieści „Korzeniec”, rozmawia Katarzyna Pachelska.

Dwa miesiące minęły od premiery „Korzeńca”, pana debiutu powieściowego, którego akcja rozgrywa się w Sosnowcu w 1913 i 1914 roku, i ciągle o tej książce jest głośno. Zdobyła tytuł „Najlepszej książki na jesień” w internetowym głosowaniu na wortalu literackim granice.pl, w radiu jej fragmenty czytał Marian Opania. Cieszy się pan z tego hałasu?
Zdziwiło mnie bardzo, że jest taka żywiołowa reakcja czytelników, mediów i władz Sosnowca. Wydawało mi się, że ja sobie napiszę książkę, wydam gdzieś w Warszawie, kto przeczyta, to przeczyta. A tu jak gruchnęło… Jest mi bardzo miło. Ostatnio dostałem zaproszenie ze Szczecina na spotkanie z czytelnikami. Nawet „Twój Styl” wymienił Korzeńca jako pomysł na prezent pod choinkę. To na pewno przerosło lokalność, o której myślałem na początku. Chociaż muszę powiedzieć, że wyobrażałem sobie postaci z mojej książki inaczej, niż zinterpretował je w radiu Marian Opania, a zwłaszcza redaktora Monsiorskiego. To, w pewnym sensie, jestem przecież ja. Opania ma taki retro basowy głos, a Monsiorski wcale nie brzmi dla mnie aż tak groźnie.

Czy jakieś reakcje czy opinie czytelników pana zdziwiły?
Tak, większość ludzi mówi, że ta książka jest komiczna. A kiedy ją pisałem, wcale nie starałem się, by była wesoła. Dopiero teraz dostrzegam, że taka jest. Sam umierałem ze śmiechu, gdy Opania ją czytał. Przypadkiem okazało się, że jest bardziej komiczna niż straszna.

A miała być straszna?
Nie.

To jaka miała być?
Żadna. Nie było planu ani na kryminał, ani na książkę komiczną. Nie wiem, czemu ta głowa się tak ucięła. Nie było żadnej z góry założonej koncepcji. Był moment olśnienia, gdy znalazłem kafelek z napisem „A. Korzeniec. Sosnowice”, z którego to momentu sam szydzę, bo jestem racjonalnym człowiekiem, a potem to samo jakoś przychodziło. Jakby mi studenci tak powiedzieli, to bym ich okrzyczał, ale tak było. W połowie książki już musiałem zacząć kontrolować wątki, żeby fabuła się nie rozeszła. Zresztą teraz mam już cały zestaw tych kafelków. Ostatnio dostałem mail od pana z Będzina, który namierzył identyczny kafelek na ulicy Małachowskiego. Postaci z książki zaczynają żyć własnym życiem, np. kultowa staje się fińska bona Dietla. W czasie spacerów śladami „Korzeńca” po Sosnowcu pewien chłopczyk odnalazł nawet jej grób na cmentarzu. Obiecałem mu za to podziękować w drugim tomie książki.

Na pewno jest to powieść historyczna…
Kiedy już sobie zdałem sprawę z tego, że to jest powieść historyczna, to wiedziałem, że nie mogę pisać jakbym był XIX-wiecznym autorem, Prusem jakimś. Chciałem, żeby było widać, że odtwarzam tamtą rzeczywistość, ale mam świadomość, że czasy się zmieniły. Chcę tamten świat odtworzyć turkoczący, pełen tumultu i wrzawy, ale tak, by czytelnik nie myślał, że na początku XXI wieku nagle pojawił się jakiś staroświecki gawędziarz. W pierwszej wersji wiele razy puszczałem oczko do czytelników, ale kiedy w pewnym wydawnictwie powiedzieli mi, żebym się tak nie wymądrzał, bo albo jestem profesorem, albo pisarzem, to z większości takich wtrętów zrezygnowałem.

Po co panu właściwie ten „Korzeniec”? Ma pan tytuł profesora zwyczajnego, ugruntowaną pozycję na uniwersytecie, pięćdziesiątkę na karku.
To są marzenia z najwcześniejszego dzieciństwa. To, że chcę być naukowcem, pojąłem dopiero na studiach. Za to już w pierwszej klasie podstawówki wiedziałem, że chcę być pisarzem i podróżnikiem. Nauczyłem się pisać już w przedszkolu i spisywałem powieści o podróżach do Afryki. Zaczytywałem się w powieściach Alfreda Szklarskiego i Edmunda Niziurskiego. Każdą z nich czytałem po 20 razy. Uwielbiałem też „Dzieci z Bullerbyn”. W szkole podstawowej pisywałem krótkie reportaże do „Świata Młodych”. Dostałem się nawet do grona Ligi Reporterów. Dziennikarzem też chciałem być, ale rodzice wytłumaczyli mi, że będę wtedy klepał biedę. Anglistyka też ich nie przekonywała. Tata chciał, żebym był inżynierem. Mama, matematyczka, też. Ja nigdy do przedmiotów ścisłych serca nie miałem. Tylko książki i książki. W dzieciństwie i młodości moimi ulubionymi zajęciami było czytanie, pisanie i sklejanie modeli z „Małego modelarza” w toksycznych oparach butaprenu. Później już nie było czasu na pisanie, chociaż po studiach tłumaczyłem książki z angielskiego. Wiedziałem, że kiedyś wrócę do pisania. Pomyślałem, że wzorem Josepha Conrada, zacznę pisać powieści po czterdziestce, jak już zbiorę doświadczenia i osiągnę odpowiednią pozycję.

Jakie to jest uczucie – trzymać w ręku powieść swojego autorstwa?
Cudowne. Na początku jeszcze wydawało mi się, że dobrze by było, gdyby była w twardej okładce z obwolutą. Jednak jak mi powiedział na targach książki pisarz Romuald Pawlak, to jest pocałunek śmierci dla debiutanta. Jest dwa razy droższa i tylko stoi na półce u autora, bo nikt jej nie kupuje.

"Korzeniec" Zbigniewa Białasa, czyli stracić głowę w Sosnowcu [RECENZJA]

Jak na pana debiut powieściowy zareagowali koledzy z uczelni i pańscy studenci?
Koledzy chyba nie wierzyli, że ja rzeczywiście wydam książkę. Mówiłem im oczywiście, że piszę powieść. Ale kto nie pisze powieści? No tak, Białas pisze powieść. Pisze o Sosnowcu, pewnie, jasne… Teraz nagle się okazuje, że wszyscy czytali, przychodzą po podpisy, krytykują albo chwalą. A ponieważ są literaturoznawcami, mają bardzo konkretne i przemyślane uwagi. Studenci za to się chyba wstydzą. Myślałem, że najbardziej się na mnie rzucą studenci, w końcu uczę od 25 lat i znam ich tysiące. Okazuje się, że to jest grupa, która najmniej reaguje na moją książkę. Ale może to się zmieni, bo mam teraz promować anglistykę na dniach otwartych wydziału.

Kiedy możemy się spodziewać drugiego tomu „Korzeńca”?
Wydawnictwo by chciało już w przyszłym roku, ale na to nie ma najmniejszych szans, bo ja wolno piszę, 100 razy poprawiam, mam też mnóstwo innych obowiązków. Ale powiedzmy, że na koniec 2013 roku chciałbym, żeby to było gotowe. Pierwszy tom pisałem trzy lata. Wszyscy mówią, że dobrze się bawiłem, kiedy pisałem, bo książkę się tak lekko czyta. Lekko się czyta, bo się ciężko pisało.

Urodził się pan w Sosnowcu. Jest pan sosnowiczaninem z dziada pradziada?
Ja w ogóle nie jestem z Sosnowca, urodziłem się przez przypadek w tutejszym szpitalu. Moja mama jest z Siewierza (stąd ten siewierski epizod w „Korzeńcu”), tata urodził się w Toporowicach, wsi w powiecie będzińskim. Dostał pracę w Porębie, w fabryce i całe dzieciństwo spędziłem tam. Jestem więc właściwie porębianinem. Z powodu konfliktu serologicznego bezpieczniej było, by moja mama urodziła w szpitalu. Do liceum chodziłem w Zawierciu. Sosnowiec zobaczyłem dopiero na studiach. Poszedłem tu na anglistykę, bo jako finalista ogólnopolskiej olimpiady z tego języka nie musiałem zdawać egzaminu wstępnego. Niektórzy ludzie, gdy mówię im, że nie jestem z Sosnowca, wręcz kwestionują moje prawo do pisania książek o Sosnowcu. Ja wtedy im odpowiadam, że Lem na Marsie nie mieszkał, a o Marsie pisał.

Z jaką dzielnicą Sosnowca jest pan najbardziej związany?
Z Pogonią. Na studiach najpierw mieszkałem na stancji na Nowopogońskiej, później waletowałem w akademiku, a potem już legalnie tam mieszkałem. Przez miesiąc byłem w hotelu asystenckim Uniwersytetu Śląskiego na katowickim osiedlu Paderewskiego, ale tak mi się tam źle mieszkało, że natychmiast się przeniosłem z powrotem do Sosnowca, znów na Pogoń. Między Wydziałem Nauk o Ziemi a anglistyką maszerowałem przez kilkanaście lat. Teraz mieszkam w dzielnicy o wdzięcznej nazwie Dańdówka. Z okna mam widok na familoki zbudowane w 1913 roku. To taki mały Nikiszowiec, zaniedbany, ale jednak ma jakiś urok.

Zaintrygował mnie jeden epizod z pańskiego życia – służba w polskim kontyngencie wojskowym ONZ na Wzgórzach Golan w 1984 i 1985 r. Jak pan się tam znalazł?
To były czasy, kiedy obowiązywała roczna służba wojskowa. Ponieważ znałem angielski, zaproponowano mi wyjazd na Bliski Wschód. Od razu się zgodziłem. Od zawsze marzyłem o podróżach, do tego czasu byłem tylko na obozie harcerskim w NRD i na jednodniowej wycieczce w Budapeszcie, a tu się trafia taka okazja. To był świetny okres w moim życiu, wreszcie coś widziałem ciekawego. Incydenty były sporadyczne. Więcej było zagrożeń zdrowotnych związanych ze stacjonowaniem na pustyni. Niesamowicie się też opaliłem. Uważam, że wojsko to znakomita szkoła życia.

Na tym się nie skończyło pańskie podróżowanie. Był pan na stypendium w Niemczech, kilka lat spędził w USA. Udało się panu zobaczyć wymarzoną Afrykę?
Tak, byłem kilka razy w Afryce, łącząc przyjemne, czyli podróże, z pożytecznym, czyli wykładami – specjalizuję się w literaturze postkolonialnej. RPA zjeździłem dosyć intensywnie. Miałem tam niezłe przygody. Spadłem ze strusia i się mocno poobijałem, głaskałem gepardy, wpadłem do rzeki w Górach Smoczych i rozbiłem sobie głowę. Byłem też w Maroku, ale tam, w Górach Atlas, gdy dzieci obrzuciły mnie kamieniami, trochę się przestraszyłem. To mnie jednak nie zniechęca, bo przyjeżdżam do domu i znowu myślę, gdzie by tu pojechać.

Czy oprócz pisania książek ma pan jeszcze jakieś inne oryginalne hobby?
Uwielbiam łowienie ryb i operę. Łowienie to jest najlepsza rzecz pod słońcem. Gdziekolwiek jadę, wożę ze sobą cały samochód wędek. Łowię pod lodem, dorsze z kutra na Bałtyku, ostatnio zawziąłem się na węgorza. Mam takie jedno upatrzone miejsce w Niemczech, gdzie są węgorze. Jeżdżę tam od kilku lat i na razie nie udało mi się złowić ani jednego, ale w przyszłym roku już im nie daruję. Sam patroszę i marynuję ryby.

Opera coś mi nie pasuje do ryb.
Dlaczego? Co prawda nieco zaniedbałem operę przez pisanie książki, ale ją uwielbiam. Jestem nawet w stanie pojechać samochodem do Monachium, by obejrzeć spektakl. Ostatnio byłem na „Jenufie” Janačka w Ostrawie. To jest jedna z moich ukochanych oper. Ale opera i ryby to są moje fascynacje dopiero od jakiegoś czasu. Przed rokiem 2000 słuchałem głównie Pink Floydów. Po czterdziestce coś kliknęło i teraz to są moje dwa główne szaleństwa. No i uwielbiam jeszcze Skandynawię, zwłaszcza Finlandię.


QUEEN OF THE WORLD NATALIA WESOŁOWSKA [SESJA SPECJALNA]
NAJLEPSZE PREZENTY POD CHOINKĘ - PORADNIK DZ [ZDJĘCIA I CENY] - ZOBACZ KONIECZNIE

Katarzyna Pachelska

  • Dziennik Zachodni
Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3