Robił pan kiedyś koronki? - rzuciłem z głupia frant do rowerzysty, który pojawił się na horyzoncie. - Jo? Ni... - odrzekł starszawy góral, po czym odjechał pośpiesznie, jakby bojąc się, że pociągnę go za język i jeszcze coś się wyda.
Do Koniakowa, najwyżej położonej wsi na Śląsku, dojechałem na resztkach paliwa. Siedziałem na krawężniku, paliłem papierosa i zastanawiałem się, jak wrócę z powrotem, bo do najbliższej stacji benzynowej jest jakieś 7 km i bałem się, że pokonując te wszystkie podjazdy, zjazdy, esy-floresy nie dociągnę do dystrybutora.
Nurtował mnie jeszcze jeden problem - koronki. Koronki koniakowskie, o których miałem napisać tekst. Spróbowałem więc uporządkować myśli: mówisz Koniaków - myślisz koronki. Myślisz koronki - dodajesz koronczarki. I wszystko jasne. Koniaków koronkami stoi jak świat światem i nie ma chyba siły na niebie i ziemi, która by to zmieniła. Panie od iks lat robią zapierające dech w piersiach serwety, obrusy, a nawet uruchamiające męską wyobraźnię fikuśne stringi, które rozsławiają ową niewielką beskidzką wieś na każdym kontynencie.
Są tak słodkie i sławne jak coca-cola, a może jeszcze bardziej. Powstała na ten temat fachowa literatura. Nic dodać, nic ująć. Kiedy tak beznadziejnie dumałem nad tym, co tu jeszcze napisać na temat koronek, na horyzoncie pojawił się ów góral-rowerzysta.
To jego dziwne zachowanie dało mi do myślenia, że może pod tym tradycyjnym, oficjalnym, usankcjonowanym nurtem istnieje także drugi - półoficjalny, owiany tajemnicą, może wstydliwy, mroczny świat heklujących panów. Kiedy sobie o tym pomyślałem, postanowiłem odnaleźć prawdziwych koronczarzy, takich z krwi i kości, którzy we władaniu szydełkiem nie ustępują paniom na krok.
Na nic zdał się telefon do sołtysa Koniakowa Teresy Stańko. W słuchawce usłyszałem: "Abonent czasowo wyłączony". Uznałem więc, że skoro nie może mi pomóc władza świecka, to ratunku poszukam u władzy duchowej.
Ks. Jerzy Kiera, proboszcz parafii św. Bartłomieja, na pytanie o koronczarzy przyznał po chwili zadumy, że coś mu się tam obiło o uszy o heklujących facetach, ale nie potrafił podsunąć konkretnego tropu.
- Ja w życiu nie heklowałem - zastrzegł ks. Kiera. I dodał: - Igłę potrafię nawlec, by guzik przyszyć, ale heklować nie. Do tego trzeba kobiecej ręki, precyzji. Kobiety są jak te koronki - niby delikatne, a jednak nas wszystkich przeżyją. Słaba płeć, ale ma swoją siłę - wyjaśniał mi swoje zapatrywania na koronczarstwo proboszcz od św. Bartłomieja.
Kiedy tak pięknie opowiadał o sile tkwiącej w koronkach i koronczarkach zapytałem zniena-cka: -A może jednak kiedyś jakiś parafianin spowiadał się u księdza z heklowania?
- Co to, to nie. Nawet jakby był, to bym nie powiedział - rzekł kategorycznie duchowny.
- A czy w takim razie heklowanie to grzech, czy taki mężczyzna dostałby rozgrzeszenie? - dopytywałem.
Ks. Kiera po chwili namysłu wyjaśnił, że robienie obrusów czy serwetek nie narusza prawa Bożego, moralnego ani żadnego innego, więc grzechem nie jest, spowiadać się z tego nie trzeba i można heklować do woli.
Sierżant Jarosław Wałach, dzielnicowy obsługujący Koniaków, pytaniem o koronczarzy też był zbity z tropu. Wyjaśnił uczciwie dlaczego.
- Jestem tu dzielnicowym od niedawna, raptem miesiąc - zameldował sierż. Wałach (mieszka w Istebnej, więc na koronkach koniakowskich nie może się znać). Zapewnił mnie, że o koronczarzy podpyta poprzednika. Na tym się skończyło.
Postanowiłem zdać się na własne siły. Tym sposobem trafiłem do Chaty na Szańcach Tadeusza Ruckiego. Gdy siedzieliśmy sobie pod kolorowym parasolem, zadałem mu owo fundamentalne pytanie: czy hekluje? Rucki uśmiechnął się trochę szelmowsko i rzekł:
- Dawno, dawno temu to próbowałem. Robię wiele innych rzeczy, stolarką się zajmuję, palce mam pokaleczone - wykręcił się, dając mi do zrozumienia, bym o jego przygody z koronkami nie ciągnął go więcej za język. Po czym chętnie zaczął opowiadać, jakie piękne koronki robi jego żona. Jedną wyheklowała nawet taką, co to trafiła do Muzeum Sztuki w Indiach. A gdy już się trochę nagadał, to zdradził, że bycie mężem koronczarki to bardzo fajna sprawa, bo - jak się wyraził, ściszając nieco głos - kobieta całą agresję wyładowuje na koronce. - I człowiek ma też więcej czasu. Dajmy na to w telewizji jest jakiś mecz. Ja sobie oglądam, żona obok hekluje, coś tam po cichu liczy i jest spokój - zwierzył się Rucki.