Wybierz region

Wybierz miasto

    Odszukaliśmy Linkę Gold, przyjaciółkę będzińskiej Żydówki Rutki Laskier

    Autor: Magdalena Nowacka

    2006-04-14, Aktualizacja: 2006-04-14 09:01 źródło: Dziennik Zachodni

    Odnaleźliśmy Linkę Gold, przyjaciółkę będzińskiej Żydówki Rutki Laskier, której wojenne losy śledzimy od kilku miesięcy. Poza nią prawdopodobnie nie ocalała żadna osoba z ich klasy.

    Odnaleźliśmy Linkę Gold, przyjaciółkę będzińskiej Żydówki Rutki Laskier, której wojenne losy śledzimy od kilku miesięcy. Poza nią prawdopodobnie nie ocalała żadna osoba z ich klasy.

    Zadbana kamienica w północnej części Londynu. Zaledwie czterdzieści minut autobusem i kwadrans piechotą od lotniska w Luton. Tu właśnie mieszka 76-letnia Paulina Gold, przyjaciółka Rutki Laskier, będzińskiej Żydówki, której wojenny pamiętnik dzięki DZ ujrzy - po 63 latach - światło dzienne.

    Jest u mnie Będzin

    Drzwi otwiera pani Paulina. Mówi piękną przedwojenną polszczyzną - zaprasza do środka. W przestronnym mieszkaniu pani Linki panuje klimat przedwojennych angielskich mieszkań. Pani Paulina zachowała dużo ciepła, optymizmu i serdeczności. Z niecierpliwością bierze do ręki skopiowane kartki pamiętnika swojej koleżanki. Zanim z nią porozmawiamy, zostawimy ją na parę godzin sam na sam ze wspomnieniami.

    Kilka godzin później spotykamy się, aby porozmawiać o Rutce i dawnym świecie będzińskich Żydów.

    - To bardzo wzruszająca chwila. Przez wiele lat każdy ślad z tamtych czasów był czymś, co wywoływało wspomnienia. Były wśród nich i takie, do których nie zawsze chciałoby się wracać - mówi pani Paulina.

    Na chwilę przerywa, by odebrać telefon z Izraela. Dzwoni jej przyjaciel, będzinianin Menachem Liwer. To on jako jeden z pierwszych potwierdził, że znał Rutkę. I to dzięki niemu natrafiliśmy na kolejne ślady jej znajomych.

    - Witaj, kochany. Jest u mnie Będzin - mówi pani Paulina.

    Pamiętnik... Linki

    Po chwili przenosimy się w lata trzydzieste i czterdzieste XX wieku. Rutkę Laskier, pani Paulina - Linka, jak mówią do niej bliscy - poznała w szkole. Uczyły się w jednej klasie Gimnazjum Furstenberga (dziś II LO im. Stanisława Wyspiańskiego w Będzinie).

    - Rutka była śliczną dziewczyną. Wysoka, szczupła, o ładnych oczach i włosach. Miała też pewien szyk, elegancję. Bystra, sprytna. No i była jedną z najlepszych uczennic. Lepszą ode mnie - śmieje się pani Paulina.

    Przegląda pamiętnik koleżanki. Wspólnie czytamy jego fragmenty.

    - Odczytanie niektórych słów nawet mnie sprawia trudność. Rutka miała bardzo ładne pismo, mimo to widać, że gdy była zdenerwowana, litery wyraźnie się rozmazywały. Z naszej klasy nikt się chyba nie uratował. W każdym razie ja nikogo po wojnie nie spotkałam. Często zaglądam jednak do mojego pamiętnika z sentencjami i wtedy przypominam sobie kolegów i koleżanki. Bo tam właśnie wpisywali zabawne wierszyki - mówi pani Paulina.

    Pamiętnik jest malutki. Pani Linka dostała go od mamy. To był prezent z Krynicy. Na jednej z ostatnich stron krótki wpis: "Użyj dobrze szczęścia chwile, bo ulecą jak motyle, a potem będzie żal". To właśnie napisała Rutka. Dziś, po tylu latach, kiedy dzięki pamiętnikowi znamy losy dziewczynki, słowa te nabierają wyjątkowego znaczenia.

    Ostatnie spotkanie

    - Kiedy zobaczyłam ją na Hakoachu, po stronie przydzielonych do wywózki na roboty, ogarnęła mnie radość i powiedziałam: Trzymajmy się razem. Tak bardzo się ucieszyłam, widząc znajomą, bliską twarz przyjaciółki. To było takie ważne, że nie jestem już sama - wspomina kobieta. - Najpierw stałyśmy razem, potem ja nie wytrzymałam, zaczęłam kręcić się wokół policjantów. A potem Rutka zniknęła mi z oczu. I to był ostatni raz, kiedyśmy się widziały. Teraz już wiem, że przynajmniej wtedy udało się jej uciec. Kiedy czytałam, jak to zrobiła, byłam wstrząśnięta. Ona była odważną dziewczyną. Nie wiem, chyba na jej miejscu nie miałabym w sobie tyle odwagi, żeby spróbować tak ryzykownej ucieczki.

    A tak pisze o tym Rutka: "(...) O trzeciej przyjechał Kuczyński i rozpoczęła się segregacja. Jeden to powrót, jeden A to roboty, co jest stokroć gorsze od wysiedlenia, dwójka do przejrzenia, a trójka do wysiedlenia, czyli śmierć. Wtedy zobaczyłam, co to jest nieszczęście. Myśmy stanęli o czwartej. Mama z tatą i braciszkiem poszli na jedynkę, a ja 1a. Szłam, jakbym była ogłuszona. Siedział już Salek Goltzwai, Linka Gold, Niania Potocka."

    Panią Paulinę i jej rodzinę od zagłady uratował wuj mieszkający w Szwajcarii.

    - Wuj wyjechał wcześniej. Przed tym, co miało się odbyć, ostrzegł go... Niemiec. Był klientem mojego wuja, który pracował w banku. Niemcowi coś tam nie poszło w interesach i zbankrutował. Wuj jednak mu pomógł. Dlatego później dostał od niego list z ostrzeżeniem, aby jak najszybciej opuścił Polskę. W Szwajcarii istniały organizacje żydowskie i dzięki nim wuj wyrobił nam paszporty kupione w Bernie. Na ich podstawie zostaliśmy obywatelami... Paragwaju. Musieliśmy przesłać zdjęcia. I zrobić to tak, żeby Niemcy nie domyślili się, do czego one są potrzebne. Pisałam więc list: "Wujku, przesyłam ci zdjęcia urodzinowe, żebyś wiedział, jak dobrze się bawiliśmy." Potem tylko dziwiliśmy się, że te paszporty doszły - wspomina pani Lina.

    Ukochane miasto, podwórka, ulice

    Choć od wielu lat mieszka w Londynie, jej ukochanym miastem pozostał Będzin. Pamięta go w detalach. Tu urodzili się i poznali jej rodzice. Oboje mieszkali w domu przy ulicy Potockiego. Dzieciństwo Linka spędziła na ulicy Sączewskiego. Na Małachowskiego mieszkała jej babcia. Przed wyjazdem z Będzina przebywała na Podwalu. Te dni były jednak najtrudniejsze.

    - Nie istniały podziały miedzy Polakami i Żydami. Z moją kuzynką chodziłam do kościoła święcić jajka, w domach żydowskich pojawiała się choinka. Byliśmy bardzo zżyci z naszymi sąsiadami, a ojciec należał do osób bardzo postępowych. Podobnie było w domu Rutki - wspomina.

    Będzin pani Paulina odwiedziła ostatnio cztery lata temu. Wtedy zobaczyła wszystkie swoje ukochane miejsca, pokazała je młodemu pokoleniu, córce i bratankowi.

    - Rutka mieszkała przy starym rynku, ja przy nowym. Dlatego widywałyśmy się przeważnie w szkole. Z tych wszystkich kolegów zapamiętałam niewielu. Marka, Zygmunta i Rózię Rechnic, o której Rutka też pisze. Wiem, że żyje, nawet do niej dzwoniłam. Ale ona Rutki nie pamięta - uśmiecha się kobieta. - Jako małe dziewczynki bawiłyśmy się na podwórku obok mojego domu przy ulicy Sączewskiego, otoczonego pięknym ogrodem. Kiedy trochę podrosłyśmy, duży wpływ miały na nas prowadzone przez starszą młodzież grupy syjonistyczne. To były takie organizacje polityczne o mniej lub bardziej lewicowych zapatrywaniach. Ale najważniejsze były pieśni, które śpiewaliśmy na zebraniach. One trzymały nas przy życiu, dodawały wiary, nadziei. Otuchy, że jakoś przeżyjemy.

    Szybkie dorastanie


    W czasie wojny, kiedy Rutka i Linka miały po 13-14 lat, nie było już czasu na zasiadanie w szkolnej ławce.

    - Niemcy traktowali nas jak osoby dorosłe. Musiałyśmy pójść do pracy: Rutka do sklepu krawieckiego, ja szlifowałam i politurowałam meble. Potem to samo robiłam z kawałkami drewna. Z tych kawałków później składano skrzynie na ładunki wybuchowe.

    Ale nie oznacza to, że żydowska młodzież przestała się uczyć. Rutka i Linka chodziły na tajne komplety, podobnie jak ich rówieśniczki.

    - W rodzinach żydowskich bardzo zwracano uwagę na wykształcenie. Tu muszę też wyjaśnić, skąd u Rutki w pamiętniku taka piękna polszczyzna. Otóż w większości żydowskich domów mówiono po polsku. W szkole natomiast uczyliśmy się niemieckiego, łaciny i hebrajskiego. Często też, ale przeważnie prywatnie, uczyliśmy się angielskiego i francuskiego. Przynajmniej w zamożnych rodzinach, a do takich należała zarówno moja, jak i Rutki. Pamiętam też panią, która prowadziła bibliotekę. Była bardzo biedna i często przynosiła nam książki, które kupowaliśmy - wspomina pani Gold.

    Kontakty rodzinne były zażyłe i serdeczne, a dzieci wychowywano w głębokim szacunku wobec rodziców.

    - To był trudny okres dla nas, dorastającej młodzieży. Musieliśmy tak nagle szybko dorosnąć, a rodzice nie mieli czasu i siły, aby tłumaczyć nam to, co wiąże się z tym okresem. Kiedy czytałam pamiętnik Rutki, doskonale ją rozumiałam. I przypomniały mi się fragmenty "Dziennika Anny Frank". W tamtych czasach dzieci miały trudny kontakt z rodzicami, dziewczynki szczególnie z mamami. Nie do pomyślenia były rozmowy o seksie. I nie tylko o tym. Stąd może też dylematy Rutki, zawarte w pytaniu: czy Żydówka może spowiadać się u chrześcijańskiego księdza? - mówi pani Paulina.

    Nowe pokolenie


    Przerywamy rozmowę. Dołącza do nas córka pani Pauliny, Rosalinde. Ma 50 lat i uczy języka niemieckiego. Nie ma problemu ze zrozumieniem polskiego, choć z mówieniem jest nieco trudniej.

    - Teraz, kiedy pracuje u mnie pani Halina, Polka, dużo z nią rozmawia i mówi lepiej - śmieje się pani Paulina.

    Rozmawiamy o ich wspólnej wycieczce do Będzina, cztery lata temu. Odwiedziły wtedy również Oświęcim.

    - Przewodniczka na początku odnosiła się do nas z bardzo dużym dystansem. Dopiero kiedy mama pokazała jej zdjęcie na wystawie, na którym była ona z bratem, zaczęła rozmawiać z nami inaczej. Wcześniej, jak wyznała, obawiała się, że będziemy nastawieni do Polaków niechętnie. Najbardziej jednak byłam ciekawa miejsc, w których spędziła dzieciństwo moja mama. Trochę smutno wyglądały podwórka. Zwłaszcza że z zewnątrz kamienice były tak pięknie odnowione - mówi Rosalinde.

    Hakoachu raz jeszcze

    Pani Paulina wciąż wraca wspomnieniami do dnia, w którym razem z Rutką i innymi żydowskimi mieszkańcami Będzina znalazła się na sportowym boisku, Hakoachu.

    - To była mieszanina strachu i jakiejś tragikomedii. Wiele osób zafarbowało włosy na czarno, aby uchodzić za młodsze. Nagle lunął deszcz. Smugi czarnej farby zaczęły im spływać po twarzach. Niemcy kazali niektórym starszym ludziom zastygnąć w dziwnych pozycjach, na czworakach. Przypominali wielbłądy. Mimo całej makabry my, młodzi, nie mogliśmy powstrzymać się od histerycznego śmiechu. Może to była taka obrona organizmu, psychiki, która nie chciała przyjąć do wiadomości, że coś takiego ma miejsce - wspomina pani Paulina.

    I dodaje, że w ogóle dowcip, czasem na pograniczu tragifarsy, był w tamtych czasach wszechobecny.

    - Wiedzieliśmy, co może czekać tych, którzy jadą do "obozów pracy". Mówiliśmy, że Niemcy robią abażury z żydowskiej skóry, a mydło z tłuszczu. A czasami kiedy dochodził zapach spalenizny, mówiliśmy, że to palą się Żydzi. Mieliśmy więc świadomość, do czego są zdolni okupanci. Ale jednocześnie mieliśmy też taką barierę ochronną. Nie dopuszczaliśmy myśli, że coś tak potwornego może spotkać nas czy nasze rodziny - mówi pani Paulina.

    Czasem myśli, że chciałaby wymazać z pamięci te wspomnienia. Nie lubi oglądać filmów wojennych.

    - Z Hakoachu najlepiej zapamiętałam Kuczyńskiego. Miał niesamowitą pamięć do ludzi, twarzy. Siedział przy stole i jednym placem wskazywał, gdzie kto ma iść. Ten gest, drobny ruch palcem, pamiętam do dziś.

    Co uratowało Linkę z piekła?

    - Miałam pewnie szczęście. Kilka razy byłam już w takich sytuacjach, że myślałam: to koniec. Oprócz tego mnie i innych uratowała chyba też ogromna wola życia. Pamiętam taką piosenkę, którą śpiewaliśmy w getcie: "Nie mów nigdy, że idziesz ostatnią drogą". I ta determinacja na pewno pomogła nam w ocaleniu - kończy swoje wspomnienia pani Paulina.



    Wydamy pamiętnik Rutki Laskier


    6 stycznia (na zdjęciu) opisaliśmy szczegóły odnalezienia pamiętnika 14-letniej Żydówki Rutki Laskier z Będzina. Ze swymi bliskimi zginęła w Auschwitz. Jej pamiętnik przez 63 lata przechowywała mieszkanka Będzina, pani Stanisława Sapińska. Od tej pory podążamy śladami tego dziennika - ludzi, którzy pamiętają tamte czasy, i miejsc, w których działy się tamte wydarzenia.

    27 kwietnia planowane jest wydanie pamiętnika w formie książki. Ta publikacja ukaże się przy udziale Dziennika Zachodniego, Urzędu Miejskiego, oraz Światowego Związku Żydów Zagłębia z siedzibą w Tel Awiwie.



    Więcej na temat: 

    Sonda

    Czy uważasz, że właściciele i administratorzy budynków, ktorzy nie odśnieżaja chodników wzdłuż swoich posesji powinni płacić wysokie kary?

    • Zdecydowanie tak (69%)
    • Nie, chodniki to nie ich problem (23%)
    • Nie mam na ten temat zdania (7%)